Menu

ocochodziwbiegu

Drink, Sex and Run For Fun!Go hard or chlej in home!

Marzenie.

k2bell

            W piątek za długo chłonęliśmy bieszczadzkie hale, więc i dzisiaj będzie zamieniając ciała w słowa ciut za dużo. Ale jakże mogło być inaczej skoro i dystans ciut dłuższy niż zazwyczaj.

 

            Pewnie z dziesięć lat temu usłyszałem o Tym biegu. Który odbył się w miejscu, które widziałem dawniej tylko na mapie. W latach dla mnie niebiegowych, gdy obrastałem tłuszczem, zamieniając się w dyszącą golonkę. I z miejsca zamarzyłem by stanąć na starcie, by przekroczyć metę. Nic więcej. Tabula rasa. Było niczym nieuzasadnione marzenie, cel.

Z siedem lat temu pierwszy raz pojechałem w Bieszczady z doszłą żoną oraz doszłym szwagrem, by pochodzić po tych pagórkach, lekkich i przyjemnych niczym spienione mleko, jak nam się wtedy wydawało. Senne Lesko, wilgotny Polańczyk i dżdżysta Cisna. Zimno ale i intrygująco. Wartkie strumienie uporczywego potu przelane za nasze i wasze widoki. Pokora czerpana z każdy głębszym oddechem, z każdym nabożnie stawianym krokiem.

Wracałem tam jeszcze trzykrotnie w różnych składach. Z Jackiem, z Piotrkiem, Pawłem… Zawsze dysząc i przeklinając niedźwiedzie, że jeszcze nie zrzuciły mnie ze szlaku kończąc męczarnie. W kolejnych latach były już tylko wspomnienia oraz ekscytacja tymi, którzy wyszli lub wybiegli na szlak. Dziki, Fajka, Johnson, och jakże im zazdrościłem przeżyć z poprzednich Rzeźników, choć wtedy nie byłem jeszcze gotowy by stanąć przed świtem w Komańczy. Karmiłem się ich przeżyciami. W ubiegłym roku, byłem już o krok, ale zapisy do Rzeźnika doszły w dwanaście minut. Nawet dobrze, że się nie załapałem. Bo mimo, że zdrowia i formy było więcej a zmartwień mniej to miałbym obcego partnera, a to na tak trudnej trasie cholernie ważna rzecz. Chyba przed ubiegłorocznym Poznań Maraton podczas spotkania z Michałem, przybiliśmy grabę na wspólny start. Intuicja? Czy przekora, że Flip i Flap mogą razem zdobyć szczyt i niejedną połoninę? Przed losowaniem miałem jeszcze możliwość dołączenia do Darka lub do Małgosi. Ale On był pierwszy. Na szczęście ta dwójka też znalazła partnerów i miała szczęście w losowaniu.

            Zdrowia przed starterem mniej- wciąż rozcięgno dawało się we znaki, zresztą jak przez ostatnie miesiące, choć nauczyłem się z nim żyć a w dodatku Fajka w ramach wsparcia też załapał to dziadostwo. Nie, to nie dziadostwo, zdecydowanie kurestwo. Mężczyźni nie są tacy złośliwi i pamiętliwi. Mrzonki o formie odeszły wraz z nadejściem maja, gdy nie było ani mocy ani wytrzymałości. Ale od czego jest fantazja i determinacja do spełnienia marzenia. Zmartwień przed biegiem dzięki JWŻ nie miałem zbyt wielu. Za to niosłem ból po stracie mamy, o której była chwila i na trasie do wspomnień…

 

            Ponad dobę przed startem zaczęło się spotkanie chętnych na czternastkę. Majka z Michałem, D&D czyli Darków dwóch z rodzinami i dwadzieścia sześć kilogramów cięższy od Michała partner- co zarówno podczas tego wieczoru jak i biegu miało duże znaczenia. Troll ugościł chmielowym trunkiem, nie jednym i nie dwoma, nawet nie trzema. Pożegnał przed północą orzechówką i kazał nogom ponieść do łóżek. Tym razem droga ma była pod górkę a na niej miejscowi świętowali. Nie oponowali żebym się przyłączył. Chwalebna Dołżyca z bydgoskimi korzeniami.  Cóż, trunki miały przynieść spokojny sen. Piąta rano na zegarku uświadomiła, że widocznie za mało wypiłem, a może szczególnie spotkanie u Trolla za bardzo rozweseliło i pobudziło by przesypiać całą noc. Cztery godziny to i tak zawsze coś. Gorsza informacja nadeszła z Majdanu, gdzie nocował mój partner. Dogorywał po chmielowej uczcie. Picie również wymaga treningu. Nie zapominajcie!

            Dotarł do Cisnej Pjachu, z którym dzieliłem i pokój i wspinaczkę do naszego pensjonatu.

Dotarły nasze rzeczy na przepaki. Przemyślane, ale na przyszłość nadające się do zmodyfikowania.

Dotarł i Fajka, którego oblicze ukazało się nieopodal biura zawodów wraz z kilkoma radami, które wspomniałem na trasie.

Wśród ogólnej wesołości było czuć napięcie jak po solidnej porcji czereśni a może i śliwek. Neutralizowałem je przy pomocy karkówki i grillowanego boczku, wyznając zasadę, że skoro organizm się domaga to trzeba mu sprawić przyjemność. Dołęgowscy ciekawie w swojej książce opisali nawykli żywieniowe kilku ultrasów. Po tej lekturze wiem, że trzeba być sobą również w tej kwestii.

Dwadzieścia minut po północy najpierw papier toaletowy a potem sudokrem poszedł w ruch.

Za namową Pjacha, mała czarna, do której dolałem mleko i solidna porcję cukru.

Drogę do autokarów, które zawoziły zawodników na start do Komańczy oświetlał uśmiechnięty księżyc zwiastujący upalny dzień.

Przed startem wpadliśmy na Andrzeja, który prosto z Lasu dotarł na Rzeźnika.

SAM_4847

Trzy!

Dwa!

Jeden!

Puff!!!

Puff!!!

Zaczęliśmy spokojnie zgodnie ze sztuką biegania dalej niż do budki z piwem. Czy za wolno? Nie ma co gdybać. Tak widocznie miało być. Michał niczym sarenka lekko i zwinnie płynął od samego początku. Ja z bolącymi piętami i rozcięgnem trzymałem fason. Truchtaliśmy, wchodziliśmy, napieraliśmy. Minęliśmy jednego z moich akademickich profesorów Zbigniewa P.

Jeziorka Duszatyńskie, przełęcz Żebrak osiągnięta później niż przewidywał plan, ale tym się nie przejmowałem. Przecież dopiero od Cisnej miała się zacząć prawdziwa zabawa. Ktoś napisał, że kolejne etapy jak w grze komputerowej są coraz trudniejsze. Zgodzicie się? Na zbiegu do pierwszego przepaku spotkaliśmy Fajkę, który wcześniej nas wyprzedzał. Znajoma twarz na trasie dodaje zawsze trochę energii. Cisna, jak widać na zdjęciu nie ucieszyła mnie.

 
Cisna1

Sms od Picta- tak, dzięki. Michał i Pjachu twierdzili, że już wtedy nie wyglądałem zbyt dobrze. Pewnie byłem sfermentowany jak mój ryż.

 SAM_48491

 

Michał zdecydowanie jak jego ryż.

 SAM_48481

Wybiegliśmy dopingowani przez Majkę oraz Łukasza W. znajomego z Bydgoszczy, zresztą kolejnego przypadkowo spotkanego w Bieszczadach. Wspinanie, mozolne wchodzenie na Małe K…Jasło jak je nazwałem po zdobyciu było męką. Michał nie kazał spoglądać w dół. Nawet nie miałem chęci. Ogólne zmęczenie, jak sugerował również braki w odżywianiu odbierały radość z otaczającej bukowiny. Jedne z szerszych miejsc wykorzystał na rozciągnięcie mojego rozcięgna. Chyba nie byłem entuzjastą na tym etapie. Krok za krokiem, docierał do każdej komórki kontakt z podłożem. Krok za krokiem do znudzenia. Dopiero z marazmu wyrwał mnie aaataaak skurczu w prawym udzie, później w lewym. W łydce. Ratowaliśmy mnie pigułkami z solą z zestawu startowego. Zresztą często na trasie wymagałem pomocy a mój partner spisywał się na medal! Jeszcze przed półmetkiem doszły problemy z żołądkiem. Brak chęci na przyjmowanie czegokolwiek do jedzenia. Swojego zresztą zabrałem widocznie za mało, rześkiego partnera nie chciałem ciągle objadać. Choć proponował. Zdecydowałem się kilkukrotnie na kulki ryżowe z migdałem rodzynkami. Rewelacja. Powoli dochodziłem nie do siebie ale w miarę do użyteczności. Myśli o zejściu z trasy na szczęście się rozeszły.

 SAM_4850

                                                                                                                    (88 kg + 62 kg)

Brzuch już puchnie z głodu.

Wspinanie, zbieganie. Przetrwanie.

Wtem, piękny koziołek Michała przypomniał o tym, że jak dziewiczy bieg w dodatku Rzeźnik to i musi być krew. Łokieć i kolano. Złamanie z przemieszczeniem. Ale dał radę biec. (Żartowałem. Skończyło się na otarciach). Zbiegliśmy na początek drogi Mirka. Tam zostałem uratowany niespodziewanym spontanicznym punktem z wodą. Mojej z bukłaka nie starczyło, ponieważ zacząłem wcześniej na siłę pić ile wlezie by poczuć się lepiej i nie odwodnić. Jeden z nas więcej sikał, drugi więcej wypacał. Jeden cel, jedna drużyna ale każdy tak odmienny.

Drogę Mirka zgodnie z radą od Fajki pokonaliśmy w miarę rześko w ciągłym biegu. Michał nawet myślał że w tempie około 5 min/km. Było wolniej ale sporo zyskaliśmy. Ponownie tutaj spotkaliśmy naszego Wujka Dobra Rada, który na chwilę dołączył się na rozmowę. (Dzisiaj podczas rozmowy telefonicznej wspomniał, że na tym odcinku rozpoznała mnie koleżanka Alina, która również biegła a w dalszej części trasy nawet ja ją rozpoznałem i pozdrowiłem. Świat jest mały)

Dobiegliśmy do Smereka. Spędziliśmy tam sporo czasu ale żeby nie zabijać magicznych chwil to nie będę przytaczał liczb. Ponownie Łukasz W. wędrujący z aparatem. Apetyt wrócił choć skurczony żołądek nie dawał się rozepchać. Cola, ryż, żele, baton, izo. Chwila na rozmowy telefoniczne, wtedy uwierzyłem, ze damy radę choć nie kalkulowałem czasu. Próba z kanapką, która nie smakowała i ruszyliśmy w drogę, znów pod górkę, na połoniny.

Coraz więcej turystów, coraz więcej energii. Trochę żartów. Lżejsza wędrówka. Mniej umierania a więcej napierania by wreszcie zakończyć fizyczne cierpienia a psychiczną orgię. Czasem rozmowy z biegaczami. Próba zabawy w ganianego. Wymijanie się z tymi samymi parami. Raz oni, raz my. Rozpoznawałem szlaki schodzone lata temu. Cieszyłem się widokiem bieszczadzkich hal i wiatrem, który niwelował wpływ słońca.

Ostatni płacz to wspinanie na Caryńską okraszone chłodem strumyka. (Choć Michał zapewne bardziej zapamięta problemy po energetyku). Woda do czapki, na nogi, ręce i twarz i w górę ku mecie. Im bliżej tym lżej, choć lekkość niczym spod zimowej pierzyny. Kilkaset metrów przed metą solidarne oddanie moczu by na mecie wbiec lżejszym i pęd w dół, który tradycyjnie sprowokował w mordę jeża mój ubóstwiany partner. Michał! Chciałem jeszcze porozmawiać, gdy Ty już miałeś dość naszej wędrówki. I biegłeś na złamanie karku a ja za Tobą czując ból zwycięstwa.

Ostatnie dwieście metrów przed metą chciałeś wyprzedzić jeszcze jedną parę a ja licząc na szczęście odkiwałem, że nie. Biegli przed nam. Wtem jeden z nich wziął na ręce dziecko i w stronę mety. Wtem spadła małemu czapka. Ktoś podniósł. On nie chciał się wracać. Zawahał się. Wrócili a my wtedy ich wyprzedziliśmy. Ultra to lekcja cierpliwości. Oraz wielu wielu innych rzeczy o których przyjdzie pora porozmawiać przy kolejnych okazjach gdy następne wspomnienia najdą.

Meta. Po ponad piętnastu godzinach. Ponad godzinę później niż chciałem byśmy osiągnęli. Nie pozwoliłem Michałowi rozwinąć skrzydeł ale jak jeden z biegaczy na podejściu na Smerek nam powiedział, taki właśnie jest Rzeźnik że cierpi się wspólnie. I wspólna lżejsza staje się wędrówka…

Dziękujemy za Wasze wsparcie. Za spotkania przed startem, w trakcie i po. Za smsy, telefony oraz zrozumienie.

Dzięki Michał za braterstwo! (Szkoda, że nie zdążyliśmy się pokłócić). Na to nie trzeba zbędnych słów!

Piętnaście godzin. Tyle jeszcze w głowie wspomnień…

Trasa

Rzenik

Założenia:

zaoenie

P.S. W drodze powrotnej z Pjachem zjedliśmy golonkę.

P.S.S. Cascadie czekają na kolejne wyzwanie.

 SAM_4852

 

 

 

Komentarze (29)

Dodaj komentarz
  • majka.bally

    "Małe k... Jasło" + "Nawet Majka tutaj weszła" :D

    Kamil, wszystko pięknie, tylko trochę za mało tego jedzenia, co? :) My naprawdę dużo jemy... Ale widać to tylko po mnie.
    Było extra, jesteście niesamowici i naprawdę jestem z Was dumna :)

    kiss & hug

    ps. Pjachu na pewno nie je golonki. Jest przecież taki sympatyczny! ;)

  • Gość: [cze.cza] *.centertel.pl

    Fajna relacja Kamil:) Gratulacje Panowie!!!:) Wasze zdrowie!

  • kamilmnch1

    Pjachu!!!

  • majka.bally

    Kamil, o co cho z tą czternastką?

  • kamilmnch1

    Czternaście godzin na złamanie.

  • pil00

    Rzeźnik zaliczony i nadal nie wiem o co chodzi w biegu ;-)

    Całusy i podziękowania zostawiłem na fb - tutaj konkrety:
    Było wspaniale, serio, trasa w moim odczuciu bardzo ciekawa, dużo się dzieje - cały czas jednak zastanawiam się jakby to było w ulewny dzień - na pewno kiedyś tam wrócę, aby się o tym przekonać :)

    Momentów jak widać było co nie miara - a to tylko cząstka tego :)
    Trasa do zaliczenia dla "ogarniętego" maratończyka - kwestia odżywiania - moim zdaniem kluczowa ponieważ tak naprawdę jeśli nie dajemy rady siłowo, to można to zrobić "turystycznie", bo więcej tutaj podejść i zbiegów, niż samego biegania - aczkolwiek na tak długim dystansie może wydarzyć się wszystko. Trzeba być cały czas skoncentrowanym. Ja czułem się pewny i mocny przez cały bieg i wystarczyła jedna chwila nieuwagi i poleciałem na łeb na szyje ;-) Drugi taki moment miałem po wypiciu energetyka na ostatnim punkcie - czułem się wtedy świetnie i dla eksperymentu wypiłem 1/2 puszki Burn'a - po dosłownie 5 min. musiałem go zwrócić - nie polecam ;P Na szczęście szybko się z tym uporaliśmy. To w zasadzie było najfajniejsze w tym biegu - momenty słabości, które udawało się pokonać - wzloty i upadki, naprawde wiele ciężkich i fajnych chwil -warto było :)

    p.s.
    Pjachu, Fajka - miło było poznać, czuć od was dobrą energie, serio :)
    Andrzej z Lasu - cały czas się zastanawiam, gdzie mogliśmy wcześniej się spotkać ;-)

    Michał

  • Gość: [robert] *.greendata.pl

    zrobiliście to.. brawo

  • pjachu1

    Jestem...
    Pjachu dogania golonkę i pożera ją żywcem...
    Przecież jestem Rzeźnikiem
    Dziękuję za fantastycznie spędzone dni w Bieszczadach. To był mój pierwszy bieszczadzki raz. Trochę mi dokuczał brak znajomości topografii ale wokół góry, góry, góry... i koncentracja na fragmencie ścieżki pod nogami.
    Robota solidnie wykonana - wróciło uczucie guida. Taka "troska" o partnera wprowadzanego we wspinanie. Nie kursanta, nie podopiecznego ale właśnie partnera.
    I jak to w Górach najważniejsza jest EKIPA!!! Majka, Kamil, Michał, Fajka, znajomi Spartanie i wielu innych
    Wczoraj wieczorem Bieszczady zostały roztruchtane. Czas myśleć o SGS-ie :-)
    Zdrówko!!!

  • Gość: [podopieczny_bartek] 195.149.64.*

    Kto mistrzem jest, kto mistrzem jest, oczywiście, że KKS!!! Lech, Lech, Kolejorz!!!!!:)))
    Byłem wczoraj w Poznaniu na meczu i na imprezie po - niesamowita oprawa i atmosfera godna co najmniej finału Ligi Mistrzów!

  • Gość: [podopieczny_bartek] 195.149.64.*

    Jeszcze raz gratulacje dla wszystkich Rzeźnickich Długasów

  • fajka

    Houk.
    Wróciłem na tarczy, trzeci Rzeźnik i pierwszy nieukończony. Zdrowie partnera okazało się ważniejsze, nie pozostało nic innego jak spokojnie zejść do Wetliny. Fajny sprawdzian dla mojego ego, który zaliczyłem :)
    Mimo to pobyt w Bieszczadach, jak zwykle klimatyczny i pełen wrażeń. I już po głowie snuje się myśli, żeby wrócić i poprawić wynik jaki zrobiłem z Johnsonem dwa lata temu (14:03).
    Kamil, w realu jesteś taki sam gaduła jak przez telefon, to dobrze :), choć z drugiej strony brzuch masz w realu większy niż na blogu, to źle :) Zapomniałem tylko pogadać z Tobą chwilę o Floydach, bo nie z każdym można :) Następnym razem knajpa i długa wymiana opinii o każdym albumie, ok ??
    Michale, partnerze Kamila, masz zadatki na ultrasa, z tą wagą, dietą i rozsądkiem :)
    Pjachu - Ty to się chyba całe życie brechtasz :) (czyt. śmiejesz). Roztaczasz wokół siebie aurę pogody ducha.
    Fajnie było, trzymajcie się wszyscy i biegajmy dalej, razem.. fajka

  • johnson.wp

    Wspólne cierpienie, to lubię :)
    Kamil, numer z czapką pokazuje, że dogłębnie zrozumiałeś na czym polega wyprzedzanie na ultra, to jest sztuka! :)
    Chodzi mi po głowie żeby Bieg Fajki II wydłużyć o dodatkowy dzień, ktoś chętny?

  • johnson.wp

    Pjachu - to jest właśnie najpiękniejsze w formule Rzeźnika :)

  • Gość: [podopieczny_bartek] 195.149.64.*

    Dzisiaj taki ciekawy trening - 200m w tempie zawodów, 200m trucht, 400 m w tempie zawodów i 1minuta stacjonarnie. Całość powtórzona 5 razy. Lubię i polecam tego typu treningi, bo nie ma nudy, cały czas coś się dzieje i czas na treningu mija bardzo szybko. Normalnie to wbrew pozorom nie jest wcale taki łatwy trening, ale noga dzisiaj się kręciła niesamowicie więc kolejne sety wchodziły bardzo lekko.
    connect.garmin.com/modern/activity/798613716
    Oczywiście przed częścią właściwą i po, obowiązkowe 3km rozgrzewki i 3 schłodzenia:) A jak już jesteśmy przy chłodzeniu, to przyda się w sobotę - ma być 33 st:)) no i jak tu się ścigać panie Prezydencie E(r)lekcie?:)

  • gepaard

    Rzeźnicy - GRATULACJE!
    Byłem w piątek po południu w Komańczy. Czuć było woń Rzeźnika :)

    Mój wyjazd rewelacyjny przez 3,5 dnia, a potem wszystko się spierd...ło. Ułamek sekundy, nieszczęśliwy upadek i akcja dotarcia z gór do szpitala, z córką. Dobrzy ludzie pomogli :) Diagnoza - złamana ręka przy łokciu i gips. I trza było wracać...

  • pil00

    na upał najlepsze jest piwo ;-)

    ledwo 4 dzień po Rzeźniku i moje mięśnie już prawie zapomniały o tym biegu - chętnie bym pojechał na bieg fajki, ale chyba finansowo w tym miesiącu nie dam rady bo czeka mnie jeszcze kilka wydatków...

    Poza tym, że czerwiec to będzie dla mnie miesiąc spędzony głównie na pływalni i rowerze to powoli czas pomyśleć o jesiennych startach (na zapisy w triathlonie niestety jest za późno) Doszły mnie słuchy, że ma być organizowany pierwszy maraton w Szczecinie - macie jakieś info?

    Kamil - rozumiem, że na jesieni łamiesz 3:30 ? :)

    ps. Kibice Lecha niezłą "oprawę" zrobili także po meczu, aż żal patrzeć na Poznań - chyba nigdy tego nie zrozumiem...

    Michał

  • kamilmnch1

    Gepaard, bez GOPRu?

    Biegu dzisiaj już prawie nie czuję. Ale boję się wyjść na bieganie z powodu rozcięgna którego o dziwo też nie czuję. Może jutro rano spacer/ttrucht. Kusi mnie by przed urodzinami zrealizować jeden z projektów biegowych, który mam w głowie.

    Johnson, ocochodzi z czapką?

  • gepaard

    Kamil, bez GOPR, bo po pierwsze to na polu namiotowym było i z pomocą udało się zorganizować transport (po kolei: rower z przyczepką, samochód człowieka który nam pomógł i mój samochód), a po drugie, to tam nie było zasięgu, więc co najwyżej to mogłem sobie krzyknąć...

    Kamil, daj sobie chwilę na odpoczynek po Rzeźniku. Idź na spacer, jak Cię nosi :)

  • kamilmnch1

    Wyszedłem na krótki spacer, 6 km. Ze strachu żeby rozcięgno nie wróciło. Z którym męczyłem się od jedenastu miesięcy. Póki co ledwo wyczuwalne "swędzenie". Czyżby Rzeźnik mnie ozdrowił?

  • pil00

    rób to rozciąganie które ci pokazałem podczas Rzeźnika - tylko dokładnie - spięcia po 8s, odprężenie, pogłębienie i kolejne spięcie 8s - ok 3-4x na nogę - drugą nogę też rozciągnąć nawet jak nie boli, to naprawdę pomaga. A jak nie pomaga to idź do lekarza, tylko nie mów że biegłeś Rzeźnika bo cię spiszą na straty ;-)

    btw. widziałem jak stawiasz stopy podczas biegu, lecą ostro na zewnątrz i pewnie stąd to rozcięgno - musiałbyś chyba popracować nad core dla lepszej stabilizacji - ale to niestety ciężki kawałek chleba - M. Świerc ostatnio pokazał sporo takich ćwiczeń
    www.youtube.com/watch?v=obV7BL7t8CM

    ja dopiero właśnie na Rzeźniku przy zbiegach poczułem ile to daje korzyści !

  • johnson.wp

    Kamilu, z czapką to niewinny żarcik był, bo w ultra opłaca się wyczekać aż konkurentowi osłabnie ciało albo czujność (spadnie czapka tuż przed metą, błoto wciągnie but, krajobraz walnie w czółko) niż się szarpać z nim jak ma jeszcze siły :)
    A generalnie to duży podziw dla Ciebie za udźwignięcie dystansu, bo kondycję miałeś wielce ryzykowną. Masz mocną głowę, bo Twoja głowa przeciągnęła za sobą oporne ciało, nie każda głowa to potrafi, pomyśl na co będzie Cię stać po regeneracji :) A jeśli regeneracja to najlepiej długo, mnie dwa lata temu walnęło dopiero 10 dni po Rzeźniku. Masakra w zróżnicowanym terenie może wyleczyć uporczywe kontuzje, dokładnie tak u mnie kiedyś rozcięgno minęło bezpowrotnie. Ale uruchomiłeś też nie ruszane drobiazgi, które nie były trenowane, tak jak to zrobił Michał więc jest bezpieczny, i to one teraz mogą trzasnąć. Zmień na czas regeneracji dyscyplinę, może być intensywna :)

  • johnson.wp

    Ja wciąż jeszcze nie biegam z sensem, jakieś pojedyncze zrywy typu 80 pętelek na górce PaFaWag na imprezie u Pjacha. Idea Pjacha była piękna, biegasz nie dla medalu tylko dla kogoś i generalnie nikt Cię nie podziwia. To jest tak zgodne z moim obecnym nastawieniem do biegania, że było mi żal, że wciąż to biurko i biurko. Ale Pope wymyślił sprytny plan, on to potrafi, napisał, że wszystko zorganizowane, jest nocleg, miłe towarzystwo, trzeba sie tylko przebrać i tyle. No więc rzuciłem biurko i pojechałem. Po przebraniu się zrobiliśmy 66 kółek czyli maraton i udałem się na drzemkę, bo taki był honorowy plan minimum, a ostatnie 15 podbiegów już szedłem, więc wyglądało na koniec moich możliwości. Pope w tym czasie kręcił dalej i razem wykonał plan maksimum czyli 101 kółek :) Po 1.5h leżenia na karimacie żołądek przestał bulgotać i wstałem żeby pokibicować Adamowi. Wbieglem z nim na górkę i... okazalo się że jestem kompletnie zregenerowany, więc... kontynuowałem jeszcze 14 kółek do okrągłej sumki 50 km i 1100 przewyższenia. Zaskoczenie, myślę, że główny problem polegał na tym że żołądek przestał trawić po 30 km, a jak poleżałem to organizm dokończył tą drugą bułkę i nabrałem gotowości biegowej. Już kombinuję taktykę na góry z godzinnymi przerwami na trawienie :)

  • piotrek.krawczyk

    Tu Dziki. Ładnie to Kamilu powiedziałeś. Dziki

  • kamilmnch1

    Johnsonie, teraz jasne :)
    Za Waszą namową zrobię dłuższy rozbrat od biegania aby rozcięgno doszło do siebie. Lekko je czuję. Do Wawrzyńca się zagoi!

    Dziki..."zawstydzony"...

  • pjachu1

    Nid da się nie biegać po Rzeźniku. W niedzielę i w poniedziałek było spokojne truchtanie, a wczoraj pognałem po Izerach. Na początku jeszcze się pilnowałem, żeby nie za szybko, ale później... W sumie ok 20 km + 800m w trochę ponad dwie godziny.
    I co gamoniu? Teraz boli kolanko. Nie to które poczułem na ostatnich zbiegach z połonin. Muszę z nim pogadać.
    I chyba odpuszczę sobie dzisiejszy zachód słońca ze Smreka.
    A może ktoś jedzie na Visegrad Maraton?

  • kamilmnch1

    Pjachu, serce wyrywa ale jutro będę w górach Świętokrzyskich siedział przy ognisku i pewnie przy czymś jeszcze ;)

    Niedawno skończyłem cztery serie zestawu ćwiczeń z ławką, kółkiem, pompkami, hantlami, grzbietami. Trzeba przygotować się na plażę ;)

  • Gość: [cze.cza] *.centertel.pl

    www.magazynbieganie.pl/rozgrywamy-piatke-taktycznie/
    Powodzenia!

  • kamilmnch1

    Cztery razy kettlebell za mną.

  • Gość: [Paweł] *.alfa.pl

    Gratuluję! Przypominam, że wyniki są dostępne na wyniki.b4sport.pl :)

Dodaj komentarz

© ocochodziwbiegu
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci